Opowieści dziwnej treści część 5

13 października 2026
Dzień dobry, dobry wieczór, witajcie. Mamy za oknem piękną, złotą polską jesień. Robi się coraz zimniej więc ciepły kocyk i herbata będą nieodłącznymi towarzyszami przez najbliższe miesiące. Zapraszam do przeczytania kolejnej części "Opowieści dziwnej treści". Kto ma starszych braci ten będzie rozumiał uczucia Kurta Gutkowskiego.
Zapraszam do czytania
Ból zęba
Miałem wtedy jakieś 12 lat i strasznie bolał mnie ząb, tak że całą noc przepłakałem w poduszkę.
Rano moja matka powiedziała więc do mojego brata Williego: „Idź z Kurtem do Steinerta (dentysty), chłopiec ma tak straszny ból zęba; niech Steinert zobaczy, czy ząb da się zaplombować“.
Nasz Willi był przecież (bardzo) dużym chłopakiem; kiedy przestał rosnąć, miał 1,97 m wzrostu.
Steinert zajrzał mi do ust (pyska), wzruszył ramionami i cicho zapytał Williego: „Z czy bez?“. A nasz Willi, ten nicpoń, mówi: „Bez!“. To znaczy: bez zastrzyku i bez znieczulenia.
O mój Boże, jak potwornie się wtedy bałem na tym wielkim fotelu! Potem wszystko, ale to wszystko, poszło bardzo szybko. Willi natychmiast przycisnął mi rękami głowę do fotela, co zapewne sprawiało mu jeszcze przyjemność, bo przecież jego ząb nie bolał.
Potem Steinert takimi wielkimi, długimi kleszczami wyrwał mi ząb. Darłem się przy tym i płakałem, jakbym w domu wisiał nad ogniem w kuźni.
Uwaga: Wyrwanie zęba bez zastrzyku i znieczulenia było z pewnością tańsze; stąd taka decyzja Williego.
Warta na pioruny
Z pewnością nie jest łatwo ani przyjemnie, kiedy ma się starszych, silniejszych i większych braci; wtedy zawsze trzeba być posłusznym, gdy coś powiedzą. – Moi bracia Gerhard i Willi oraz ja mieliśmy pokój nad kuźnią.
Pewnej nocy rozpętała się bardzo silna burza, błyskawica za błyskawicą, ale ja (początkowo) niczego ani nie słyszałem, ani nie widziałem. Wtedy jednak przychodzi do mnie Willi, budzi mnie i mówi: „No, natychmiast wstawaj, ubieraj się; jest taka straszna burza; chodź teraz cały czas tam i z powrotem po strychu domu i kuźni!“. A ja miałem mu dać znać, gdyby u nas uderzył piorun.
Opór byłby bezcelowy; chodziłem więc z wielkim strachem tam i z powrotem po strychu. Burza tuż pod dachem brzmiała naprawdę przerażająco. A Willi zagroził mi jeszcze, żebym się przypadkiem nie ważył zejść na dół do małego pokoju.
Po długim czasie wpełzłem jednak z powrotem do łóżka i usłyszałem, jak Willi, ten nicpoń (bezczelny łobuz), głośno się śmiał z tego, że podczas tak strasznej burzy skradałem się po strychu. A Gerhard? On w ogóle nic z tej burzy nie słyszał.
Palacze kawy
U Gerberów (w sklepie kolonialnym), przy wejściu do sklepu, stała czarna drewniana tablica, na której można było przeczytać: „Świeżo palona kawa“. Nie było jednak dopisane, że Alfred Gerber (musiał sam tę kawę palić). A ponieważ czas (często) bardzo mu się dłużył, siadałem przy nim i również kręciłem korbą. Tak więc dwóch chłopców ze Stutthofu paliło „kawę Gerbera klasy 1A“.
Ten blaszany bęben wielkości piłki lekarskiej, wypełniony surową kawą, który nad ogniem opalanym drewnem nie mógł być obracany ani zbyt szybko, ani w żadnym razie zbyt wolno, przy zbyt silnym ogniu trzeba było odchylić znad paleniska. W korbie znajdowała się rurka do pobierania próbki, którą Alfred od czasu do czasu wyciągał, aby zobaczyć, czy ziarna kawy osiągnęły już właściwy stopień zbrązowienia. Wtedy zawartość bębna trzeba było bardzo szybko wysypać znad ognia na duże sito.
I kawa Gerberów była gotowa. Oczywiście pani Gerber podczas palenia kawy zawsze miała nas pod kontrolą.
Panie komisarzu, nieboszczyk
W gospodzie Gerbera, gdzie znajdowała się także duża sala, odbywała się kiedyś zabawa taneczna. Był tam również ówczesny komisaryczny zwierzchnik miejscowości, Kalinowski. A także miejscowy oryginał ze Stutthofu, Karl Stang, którego nazywano jednak Stangen-Mann. Przy szynkwasie z wielkim smakiem raczył się on także Machandelem Stobbego.
Kiedy Stangen-Mann wyszedł raz przed izbę gościnną, bo akurat musiał „za potrzebą“, zobaczył przed piekarnią Gerberów leżącego mężczyznę, który (w ogóle) się nie poruszał.
Pospieszył więc z powrotem do izby gościnnej, do Kalinowskiego, próbując przy tym mówić po wysokoniemiecku, i powiedział: „Panie komisarzu, panie komisarzu, tam na dworze leży nieboszczyk!“
Wtedy wszyscy mężczyźni pobiegli do owego nieboszczyka, a Stangen-Mann pierwszy. Schylił się przy nieboszczyku i uniósł okrągły kawałek drewna, którego jednak nie dawało się od nieboszczyka oderwać, po czym powiedział: „A tutaj, panie komisarzu, leży jeszcze pałka, którą go zatłukli na śmierć!“
Kiedy Kalinowski przyjrzał się mężczyźnie dokładniej, okazało się, że ów nieboszczyk to gminny woźny Schwichtenberg. A okrągły kawałek drewna („pałka“) był drewnianą nogą Schwichtenberga (protezą). Wypił za dużo Machandela, zapewne się przewrócił i sam nie był już w stanie wstać.
Stangen-Mann i jego szwedzki rower
Stangen-Mann posiadał specjalny szwedzki rower. Tak przynajmniej opowiadał nam, chłopcom. (Ponadto był wyposażony) w łopatę noszoną na plecach; wyglądało to tak, jakby miał przewieszoną (przypiętą pasem) strzelbę. Łopata była przecież narzędziem robotników zatrudnionych przy pracach interwencyjnych – w czasach, kiedy byłem (jeszcze) dzieckiem.
Nam, dzieciom, Stangenmann przechwalał się później, że jego szwedzki rower ma tak twardy stożek przedniego koła, iż można by nim nawet nacinać gwinty. Miał być lepszy od stali Kruppa.
A swoim szwedzkim scyzorykiem robił w poprzek szosy rysę; po czym nóż miał być nadal równie ostry (jak wcześniej), tak że mógłby się nim jeszcze ogolić.
Tak właśnie nałgał nam co niemiara.
Hrabia się zakłada
Handlarza bydłem i dużego gospodarza Ferdinanda Pranga nazywano zazwyczaj „Hrabią“. (Pewnego dnia) Hrabia siedzi z pewnym chłopem u Gerberów w izbie gościnnej i oblewają zawarty interes na bydle kilkoma Machandelami Stobbego.
Wtedy do izby gościnnej wchodzi stary Glag ze Schulstraße, żeby (również) uraczyć się kieliszkiem wódki.
Hrabia, ten szelma, chce się teraz założyć z chłopem, czy stary Glag za butelkę Machandela pozwoli sobie przyłożyć raz laską po tyłku. Chłop mówi: „Nie, stary Glag tego nie zrobi“. I tak ta rozmowa ciągnie się jeszcze przez dłuższą chwilę. Także stary Glag, który wszystko słyszał – Hrabia mówił przecież dostatecznie głośno – początkowo nie chce o tym słyszeć.
Jednak na myśl o tym, że tak szybko może dostać pełną butelkę wódki, w końcu nadstawia Hrabiemu tyłek.
Hrabia zdzielił starego Glaga naprawdę potężnie. Tym samym Hrabia wygrał zakład. Chłop musiał zapłacić za butelkę Machandela. A stary Glag wył tak żałośnie, jak pies wyjący do pełni księżyca. – I to wszystko tylko z powodu jednej butelki wódki!
Priem – tytoń do żucia
Eduard Heinat (właściwie Heinert), zwany także Zienackiem, był woźnym gminnym, a zarazem strażnikiem więziennym. Trzy małe cele znajdowały się w małym domu pomiędzy masarnią Ehmkego a dentystą Steinertem.
Eduard Heinat, czyli Zienack, był dopiero od bardzo niedawna żonaty z kobietą mówiącą po wysokoniemiecku, córką homeopaty Basenera (dosł. „cebulowego doktora“).
Kiedy młode małżeństwo siedzi właśnie przy stole podczas obiadu, przychodzi stary Zienack, czyli ojciec Eduarda, i siada z nimi przy stole, żeby także zjeść. Przed jedzeniem stary Zienack wypluwa z ust na dłoń czarnobrązową grudkę i kładzie ją na parapecie.
Młoda kobieta jest ogromnie przestraszona i szczebiocze najczystszym wysokoniemieckim (bo nie znała dialektu dolnoniemieckiego): „Ede, Ede (Eduardzie), Ede, czy twój tatuś nie lubi śliwek?“ – Stary Zienack zatrzymuje się zdumiony i mówi: „To nie jest śliwka, to mój Priem!“
Uwaga: Priem „tytoń do żucia“, dial. Prim(m), por. niderl. pruim „śliwka“; mamy tu grę słów.
Konwersja
Pewien (pan) Gethke ze Schulstraße chciał ze względu na swoją polską narzeczoną zawrzeć ślub w obrządku katolickim. Ponieważ jednak Gethke był ewangelikiem, do konwersji (dosł. „przechrzczenia“) potrzebnych było kilka nauk w Kościele katolickim. Kiedy Gethke był już kilka razy u księdza na naukach, duchowny powiedział: „A więc, mój synu, czy rozumiesz już wyznanie wiary Kościoła katolickiego?“ Wtedy bezczelny Gethke, ze złożonymi rękami i pobożnie wzniesionym wzrokiem, odpowiedział: „Ach, proszę księdza, wciąż jeszcze nie mogę tego pojąć... niech mi ksiądz wygłosi to jeszcze raz.“
Zatrzymywanie wozów rybaków z Bodenwinkel
Dla nas, dzieci ze Stutthofu, wielką zabawą było zatrzymywanie wozów rybaków z Bodenwinkel. Robiło się to bardzo prosto:
Kiedy handlarze ryb wracali wieczorem z objazdu handlowego po Werderze swoimi jedno- albo dwukonnymi wozami i zmęczeni człapali w stronę Bodenwinkel, my, dzieci, czailiśmy się już za grubymi drzewami przy szosie, a potem krzyczeliśmy bardzo głośno: „brrrr!“. Ojej, konie były tak zmęczone, że natychmiast stawały jak wryte.
Rybak i jego żona mieli niemały kłopot, żeby się utrzymać i nie polecieć głową naprzód pomiędzy konie. O rety, jak ci rybacy klęli i wymachiwali batem! A my, dzieci, biegliśmy, biegliśmy i śmialiśmy się.

 

Galeria

kontakt@dawnesztutowo.org

Website created in white label responsive website builder WebWave.