W Stutthofie istniała jeszcze jedna wielka rzadkość — konny wóz pocztowy.
Jeździł on z urzędu pocztowego w Stutthofie wzdłuż Mierzei, przez: Bodenwinkel, Vogelsang, Neue Welt i Pröbbernau, a stamtąd przez granicę do nadmorskiego kurortu Kahlberg. W rzeczywistości Pröbbernau leżało już na terytorium Rzeszy Niemieckiej.
Wóz pocztowy nie był karetą z pocztylionem siedzącym wysoko na żółtym wozie. Nie — był to resorowany wóz skrzyniowy, zaprzężony w dwa konie, podobny do wozów, którymi jeszcze dziś jeździ się po pływowych mieliznach Morza Północnego.
Na tylnej połowie wozu znajdowała się zamocowana — dosłownie: nadbudowana — skrzynia na worki pocztowe i paczki. Klucz do skrzyni pocztowej miały jedynie urzędy pocztowe oraz służby celne: gdańska, polska i niemiecka. Na skrzyni znajdowała się niewielka kratka, aby nie spadały bagaże jadących wozem letników lub urlopowiczów.
W przedniej części znajdowały się dwie drewniane ławki dla woźnicy, będącego zarazem właścicielem wozu pocztowego. Było tam ponadto miejsce dla pięciu osób. Wóz nie miał dachu, lecz jedynie skórzaną osłonę, którą pasażerowie mogli przykrywać kolana.
Uwagi: Podczas przekraczania granicy z Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy Niemieckiej — Prus Wschodnich — oraz w przeciwnym kierunku zawsze obecny był również polski celnik.
Właścicielem wozu pocztowego był Karl Prang. Wóz kursował co najmniej do listopada 1941 roku. Później — prawdopodobnie tylko przez krótki czas — na tej trasie jeździł autobus, którym podróżował także sam wydawca niniejszej publikacji.
Nasz Stutthof miał przecież prawie cztery kilometry długości. Muszę więc teraz wyliczyć, co wszystko mieliśmy — albo czego nie mieliśmy.
Mieliśmy ośmioklasową szkołę powszechną przy Schulstraße. Szkoły powszechne znajdowały się również w Laschken, Mittelhaken i Neukrügerskampe.
Ponadto mieliśmy aptekę, dentystę nazwiskiem Steinert, lekarza, a także siostrę diakonisę. Mieliśmy również „cebulowego doktora”, to znaczy homeopatę — a właściwie raczej naturopatę. Lekarz nazywał się dr Labitzki.
Istniał także posterunek policji — żandarmerii. Jeden z policjantów, czyli żandarm, pełnił służbę konno.
Sklepy kolonialne prowadzili: Gustav Prang, Auguste Fiedler, Friedrich Ruhnau oraz Bruno Freitag. Ten ostatni rozwoził koniem i wozem swoje towary do rolników na Kampach oraz wzdłuż Mierzei.
Był też sklep z kawą „Kaisers“, a następnie sklepy: Fritza Gerbera, Gustava Dau, Antonie, Karla Stangenberga, Marie Lang oraz Emila i Friedricha Gröningów.
Był jeszcze Hartmann ze swoją drogerią.
Rzeźnikami byli: Ehmke, Konrad Krause i Funk. Oni również rozwozili koniem i wozem wędliny oraz mięso do rolników na Kampy i wzdłuż Mierzei.
Bracia Trippnerowie, także rzeźnicy, nie mieli jednak koni. Ich masarnia znajdowała się naprzeciwko dużego gospodarstwa ogrodniczego Kalbitza, na krańcu miejscowości od strony Stegny.
H.O.3.7. Piekarzem w Stutthofie był Ruhnau, który miał również cztery kare konie. Konie te wykorzystywano do ciągnięcia karawanu. W zależności od okoliczności zaprzęgano do niego dwa albo cztery konie i wieziono zmarłych do Stegny, na cmentarz przykościelny.
Kolejnym piekarzem był Hook, mieszkający koło kina. Następnie Gerber, który później wydzierżawił swój zakład Ottonowi Wendtowi, a wreszcie Stasch i Penner przy Hinterheide.
Tkaniny, materiały i wszystko, co było potrzebne do ubrania, można było kupić u Gloddego, Dau, Thießena i Lieba.
Duży młyn, lecz bez skrzydeł — młyn napędzany silnikiem Diesla, wcześniej będący wiatrakiem — należał do Richarda Klingenberga.
Drugi duży młyn wiatrowy należał do Edwina Koschkego, zwanego także Mothem. Miał on jeszcze jeden młyn, który można było napędzać stacjonarną maszyną parową. Gerber również posiadał młyn motorowy i za opłatą mielił w nim zboże.
Kuźnia podkuwacza i wozowa w Stutthofie należała do mojego ojca, Gustava Gutowskiego. Podobnie jak mój ojciec i jego dwaj bracia, także moi trzej bracia — Fritz, Gerhard i Willi — oraz ja, Kurt, musieliśmy nauczyć się rzemiosła kowalskiego.
Zakłady ślusarskie prowadzili: Krahl, który zajmował się również domowymi pompami wodnymi, a także Jacobsen i Rehaag nad Wisłą. Rehaag naprawiał ponadto silniki łodzi motorowych.
Fabryka maszyn „Epp und Järlich” znajdowała się przy Milchengraben oraz nad Wisłą. W latach trzydziestych zakład zatrudniał trzydziestu ludzi.
Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, że łódź motorowa „Reiher”, należąca do firmy Epp und Järlich, pewnego razu zatonęła, ponieważ była zbyt ciężko załadowana częściami pomp do stacji odwadniającej. I stało się to właśnie przy przystani „Reiher”, na końcu Milchengraben.